niedziela, 7 września 2014

Złombol 2014 - przygotowania

Aloha!

Tegoroczny Złombol Party edition zbliża się wielkimi krokami i z tej okazji od jakiegoś czasu działamy na najwyższych obrotach by do wyjazdu przygotować się na tip top. Planujemy, kupujemy, projektujemy. Ostatnio część ekipy marzy o spontanicznym wyjeździe, bez planowania niczego. Chyba potrzebujemy wzywania i jeszcze większej przygody : ) To już nasz trzeci wyjazd więc na start wjedziemy już jak starzy, złombolowi wyjadacze. Warto zauważyć, że już na pierwszej edycji wyglądaliśmy na tak profesjonalnie przygotowanych, że niektóre załogi przychodziły do nas o poradę ;)  Pojawia mi się przed oczami przykładowy obrazek jak co rano jedną ręką myjemy zęby, a drugą jak gdyby nigdy nic, odpowietrzamy układ paliwowy.

Tak właśnie Łukasz załatwia Złombolowe sprawy:)

Między szeregi naszej ekipy chyba wkradło się nieco rutyny. Wydawało by się, że przygotowania i sam wyjazd nie dają już takiej dawki fun’u i dreszczyku ryzyka jak w pierwszej edycji. Tak przynajmniej wydawało się nam przez niemal cały miniony rok przygotowań (na pół gwizdka). Jednak im bliżej złombola, poziom koncentracji w pracy spada i osiąga mniej więcej poziom podłogi :) Znów wracają emocje i pojawia się wspomniany dreszczyk. Najchętniej już byśmy pojechali :)




W tym roku…


Tak czy inaczej w tym roku skupiamy się na zaplanowanej objazdówce po Hiszpanii :D Skoro już jesteśmy przy trasie. Poszukujemy noclegu, miejsca dla 7 osób i biało-czarnego Żuka w Katowicach lub okolicach 12 września (piątek). Będziemy wdzięczni za każdą wskazówkę i pomoc : ) Dzień później  o 7 rano :( meldujemy się w Katowicach na plaży, aby po raz trzeci wziąć udział z Złombolu.


Wiemy, że na pewno będziemy imprezować w lloret de mar, podziwiać Sagradę Familie w Barcelonie, być może odwiedzimy muzeum Daliego w Figures, w Walencji wpadniemy do Miasteczko Sztuki i Nauki oraz przejedziemy się torem formuły 1. Jadąc na południe zahaczymy o góry w Sierra Nevada oraz Alhambre w Granadzie, aż dojedziemy do naszego kolejnego celu - Gibraltaru, gdzie małpy kradną. Matej, który w pierwszej edycji w centrum Aten został ugryziony w stopę przez żółwia, ma pewne obawy przed tymi małpami. Prawo Murphiego.  Później wracamy na północ zwiedzając malownicze wioski, jaskinie, białe miasteczka, naturę, winiarnię w Roja, a na koniec c hiszpańskiego czasu zainwestujemy w rafting:) Obecnie jesteśmy na etapie szukania campingów na ziemiach hiszpańskich. Przynajmniej staramy się szukać : ) Niestety nie zawsze będzie możliwość, aby rozbić się na plaży czy „na dziko” jak to było w Norwegii.  Za namową chłopaków zmieniliśmy trochę trasę, aby jak najmniej czasu spędzać na autostradach, a bardziej chłonąć klimat Hiszpanii.




W tym roku także stawiamy na materiały promocyjne. Przeszliśmy przez różne pomysły m.in. wizytówki, wlepy, otwieracze do piwa czy kubki. Stanęło na klasycznej rzeczy – ekipowe koszulki. Zbysiu też wpadł na kolejny pomysł - bardziej personalny, który chcemy wprowadzić w życie. Także z 1 koszulki, stawiamy na...3 warianty:) W tym roku udało nam się zmobilizować na tyle, aby zealizować stary pomysł i zaproponować naszym znajomym koszulki z kolekcji “autoFOCUS 2014” ew. “autoFOCUS lato-jesień”. Zamówienia zebrane, jutro realizacja.




Chłopaki spełniają swoje marzenia z kolejnych edycji, dlatego zaopatrzyli się w kamerę, aby w tym roku zrobić filmik z wyjazdu. Jest także szansa na filmy z poprzednich wypraw, ponieważ cały czas na dysku trzymamy “surówkę” i teraz trzeba tylko/aż zmontować materiał.
Łukasz już przeprowadził  beta testy kamerki. Wracając do domu trafił na zlot Youngtimer i postanowił nakręcić coś takiego:


Co roku coraz szybciej i łatwiej udaje nam się zdobyć darczyńców. W tym roku wsparli nas m.in. KFF FOCUS, Przychodnia Weteranyjna Borcowski & Popławski, Knightówka, Kancelaria Finansowa Pactum oraz nasi rodzice z 1% podatku. W imieniu dzieci ze śląskich domów dziecka - dziękujemy, wszystkim osobom i firmom, które je wsparły. Pozostałym przypominamy, że na żuku mamy jeszcze mnóstwo miejsca na kolejne, stylowe naklejki :)








Korzystając z okazji zapytamy czy ktoś orientuje się w cenach prepaidów w Hiszpanii i może polecić coś dobrego? Robimy trzecie podejście do Internetu w Xuku, aby na bieżąco dzielić się wydarzeniami prosto z biało-czarnego bolidu.
Pracujemy także nad motywem przewodnim. Może w tym roku uda nam się zrobić coś fajnego na starcie, albo przynajmniej wyglądać interesująco. Jakieś pomysły?


Co prawda w tym roku nie spędziliśmy aż tyle czasu w warsztacie co w poprzednich edycjach, nie oznacza to jednak, że nie jesteśmy przygotowani. Nie mieliśmy za wiele pracy jednak wprowadziliśmy kilka istotnych zmian. W poprzedniej edycji mieliśmy problem z nieszczelnymi wtryskami więc zdecydowaliśmy się oddać wtryski oraz pompę wtryskową do regeneracji. Okazało się, że wtryskiwanie ropy do komory wstępnej bardziej przypominało jej wlewanie. Po regeneracji układu paliwowego silnik zaczął pracować tak jak nigdy dotąd. Pracuje równo, nie trzęsie się jak galareta, już nie gaśnie przy wolnych obrotach i co najważniejsze, ma znacznie więcej mocy. Czy spalanie spadnie z poziomu 12l?? Podejrzewamy, że tak będzie, ale to już zweryfikuje się na trasie.





Zrobiliśmy podstawowy przegląd, który polegał na rozłożeniu hamulców, złożeniu ich do kupy (dalej piszczą), rozlanym olejem, piciem piwa, jedzeniem karkówki z grilla i leżeniem na trawie przez resztę weekendu. Mechanicznie nic więcej woleliśmy nie “poprawiać” ;)




Dodaliśmy jednak dwie ciekawe rzeczy, które pokażemy na zdjęciach w przyszłym tygodniu. Postanowiliśmy rozstać się z plandekami w które owijaliśmy graty na bagażniku dachowym. Zajmowało nam to zbyt dużo czasu, przez co zazwyczaj wyjeżdżaliśmy z campingu zazwyczaj na końcu stawki. Już nie wspominając o tym, że akrobacje na dachu po wieczornym grillu dawało nam w kość. Teraz postawiliśmy na wykonanie sztywnych skrzyń, ale więcej o nich jak już je skończymy.


.


Dojdą również dodatkowe cztery oczka, ich premiera razem ze skrzyniami :)


niedziela, 18 sierpnia 2013

Polska - Litwa - Łotwa - Estonia - Norwegia

Piątek. Ostatnie zakupy, pakowanie, zdjęcia i maksymalnie obładowani wyruszyliśmy w kierunku Katowic. L'Marzec zasiadł za kierownicą, Zbysiu pilotował, a reszta świętowała, że po raz drugi jedziemy na Złombola.

Odśpiewaliśmy i wypiliśmy swoje. Na pytanie kierowcy: „ile wypiliście?”, odpowiedzieliśmy „dwa pełne kosze!” :) Znowu poczuliśmy się jak w domu:)
W nocy dotarliśmy do Gliwic, gdzie udało nam się przenocować u znajomej Mateja. Pozdrawiamy Kasię! Kasia dostała w nagrodę za udostępnienie noclegu, flaszkę oraz jak się okazało już w trasie, 5 kilogramów pysznej swojskiej kiełbasy, której zapomnieliśmy zabrać z lodówki.
W sobotę z samego rana pod dowództwem Mateja dotarliśmy do Katowic na start. Spodek przywitał nas deszczem, ale nie popsuło to naszych nastrojów. Zaczęły się zjeżdżać Żuki, Nysy, Maluchy, Polonezy i inne bolidy, w sumie 125 samochodów. Naszą uwagę przykuła ekipa, która przyjechała karetką. Największe wrażenie (szczególnie na chłopcach) zrobiła pielęgniarka, która wyłoniła się z tego bolidu ;)












Dobrą opcją jest także jechanie na Złombol Autosanem lub Ikarusem. Jak to powiedział L'Marzec – podróż Ikarusem na Nordkapp to trochę jak niekończąca się jazda nocnym. Co do obsady tegorocznego Złombola to największym zawodem jest brak naszej, ulubionej ekipy – Kameleonów. Już nie będzie tak egelancko:) Uznaliśmy, że odstraszyły ich ceny trunków w Norwegii.





Po godzinie 11:00 wystartowaliśmy z placu pod Spodkiem i ruszyliśmy w kierunku Suwałk. Przejechaliśmy prawie całą dobę, aby znowu wrócić do Warszawy na Górczewską. Podróży w tę i z powrotem nie mogliśmy uniknąć ponieważ musieliśmy się koniecznie stawić na starcie. Zaliczyliśmy kilka miejsc w Warszawie i okolicach po czym ruszyliśmy dalej.



W drodze na noclegownie zrobiliśmy użytek z naszych, dwóch elektryków. Pomogliśmy początkującej ekipie z Żuka, której zepsuły się światła mijania. Borcek dumie stwierdził, że zrobili dobry uczynek i na pewno nie pójdą do Złombolowego piekła.


Przez ilość przystanków mieliśmy małą obsuwę i już bez sensu było jechać na camping, więc przygarnęli nas rodzice Borcka. Wylądowaliśmy w Ogrodnikach koło Augustowa. Zgarnęliśmy również zaprzyjaźnioną ekipę z Malucha. Znowu udało nam się nocować w luksusach, czyli pod dachem i z możliwością umycia się. Dzień później przejechaliśmy przez Litwę, Łotwę i Estonię. Dopiero po przekroczeniu granicy zaczęliśmy czuć się jak na Złombolu, do tej po Polsce zrobiliśmy 900 km. Litwa, Łotwa – krajobraz taki sam, dużo drzew, w miarę dobre drogi... Zbyt wiele na temat tygrysów nadbałtyckich nie będziemy pisać. Bardzo przypominają Polskę z perspektywy drogi. Tego dnia 3 razy przekroczyliśmy granicę, w zasadzie niezauważalną z tylnego siedzenia.




Mieliśmy pierwszą, poważną awarię! Padł serwer i nasza aplikacja „Gdzie oni kurde są” skończyła swój żywot. Twórca Zbysiu próbował ją reanimować, ale brak Internetu uniemożliwił sprawę. Mimo to Zbychu zdążył zebrać gratulację, komplementy i podziw za twórczość:) Staramy się w miarę możliwości postawić ją znów na nogi.

Następnie znowu w strugach deszczu dotarliśmy na camping w Estonii. Dostaliśmy dwa ostatnie pokoje, co prawda 2-osobowe, ale udało się upchać całą naszą siódemkę. Wieczorem zjedliśmy kolację, trochę odświeżyliśmy stare dobre znajomości z innymi ekipami. Rano nie spieszyliśmy się aż tak, ponieważ nasz prom z Talina odpływał dopiero po 17.









Po drodze nasi dobrzy znajomi z ekipy Katażuków, stracili przednią szybę w Żuku. Przyczyną był wystrzelony malutki kamyczek spod kół TIR'a. Gogle lotnicze na twarz i pojechali dalej :). Na prom do Helsinek wjechali z oknem w postaci folii stretch. W Finlandii dopasowali już sobie płytę plexi. Katażuków ciężko jest powstrzymać przed dotarciem do mety! W końcu są z Kielc!







Po szybkim zwiedzeniu starówki Tallina udaliśmy się na prom. Okazał się wielkim 8 pokładowym statkiem. Pobujaliśmy się przez ponad dwie godziny, po czym zjechaliśmy w Helsinkach. Od tej pory już do dzisiaj mamy przyklejone nosy do szyb bocznych i podziwiamy przepiękne krajobrazy Skandynawii.
Helsinki bardzo pozytywnie nas zaskoczyły, co prawda widzieliśmy miasto tylko przejazdem, ale robi dobre wrażenie, no może tylko poza niezliczoną ilością czerwonych świateł.














Drogi Finlandii. O tym warto wspomnieć. Teren niezabudowany ograniczony prędkością 100km/h , a teren zabudowany 80km/h. Gęstość zaludnienia jest niska więc ograniczenia zdarzają się bardzo rzadko. Można pokonywać ponad stukilometrowe odcinki bez zmiany biegów czy hamowania. Co ciekawe, sporo dróg w terenie niezabudowanym, przez pustkowia jest oswietlona latarniami ulicznymi. Wariatów drogowych tutaj nie ma. Jeśli ktoś jedzie super szybkim samochodem, drogą z ograniczeniem do 120km/h i spotka na swojej drodze Żuka jadącego 80km/h wyprzedzi go dopiero gdy będzie miał odcinek drogi z linią przerywaną przez ponad kilometr, mimo, że pobocze jest szerokie i Żuk zjeżdża na „margines”.
Finowie. Jak na razie co do tego narodu mamy mieszane uczucia. Finowie z obsługi stacji benzynowych czy przydrożnych restauracji są bardzo mili i doskonale rozmawiają po angielsku. Inną twarz, brzydką pokazała reprezentantka narodu fińskiego którą była Pani z pierwszego campingu na półwyspie. W nocy przestała wpuszczać złombolowe samochody stawiając samochód w poprzek drogi i strasząc policją. Kilkanaście ekip w tym my, byliśmy zmuszeni rozbić obóz na dziko. Jak później się okazało, nie była również miła dla osób, które były już na campingu. Słyszeliśmy, że tupała jak do psa na Polaków mówiąc „Go away!”. Dzień później na przedostatnim campingu przed metą, od baaaaardzo uroczej, miłej i ładnej finki w recepcji dowiedzieliśmy się, że ta „niemiła” finka obdzwoniła wszystkie campingi w drodze na Nordkapp, wydzierając się żeby naszego rajdu nie wpuszczać. Najprawdopodobniej Pani w odludnieniu chyba oszalała.

Jadąc przez Finlandię dzień znacznie się wydłużył. Po przekroczeniu koła podbiegunowego na wyżej wymienionym przedostatnim campingu widno było przez całą noc, a zachód trwał kilka godzin. W fotografii istnieje taki termin jak „złota godzina”. Jest to czas przy wschodzie i zachodzie słońca gdy światło jest znacznie cieplejsze, łagodne i ciekawsze. Tutaj złota godzina trwa dobre kilka godzin. W połączeniu ze wspaniałymi widokami robi to niesamowite wrażenie. Nasz czas jazdy również się przez to wydłuża, poprzez postoje na zdjęcia.










Dzisiaj wyjechaliśmy na ostatni odcinek w drodze na Nordkapp. Dojeżdżając wczoraj do campingu pojawił się nowy dźwięk wydobywający się z silnika. Coś jak sapanie. Po wstępnych wieczornych oględzinach okazało się, nie mamy pełnej kompresji w dwóch cylindrach poprzez nieszczelne wtryskiwacze. Do sprawy wraz z wielką pomocą teamu Żulietty oraz innych złombolowiczów zabrał się jeszcze przed kąpielą i śniadaniem Matej. Spaliny wyrzucane z wielkim hukiem prosto spod zaworów były bardzo martwiącym widokiem. Mogliśmy wyciągnąć wtryskiwacze, ale niestety ani my ani inne ekipy nie dysponowały miedzianymi uszczelkami, które należało wymienić. Przed nami widniała perspektywa jazdy na trzech cylindrach lub nawet koniec wycieczki jeśli coś przy naprawie pójdzie nie tak...

Żuk się nie poddał. Wiemy że nasz silnik wytrzyma wiele i można na nim polegać. Po wyciągnięciu wtryskiwacza i włożeniu go z powrotem w jakiś magiczny sposób sam się uszczelnił i w efekcie prujemy z przelotową prędkością 85km/h wijącymi się dróżkami pomiędzy jeziorkami finlandii. Jest muzyka, piwko świetne nastroje i RENIFERY biegające po drogach!!
Przed nami jedzie Żuk jadący do przodu na wstecznym. Da się? Da. To jest Złombol!



Przejechaliśmy granicę Norwegii. Początkowo myśleliśmy, że wszystko będzie wyglądać tak samo, ale krajobraz zaczął się zmieniać. Pojawiły się góry, jeziora i droga stała się bardziej urozmaicona – podjazdy stały się bardziej strome, a same drogi zaczęły wić się po stokach. Przejechaliśmy kilka tuneli, w tym jeden siedmiokilometrowy pod poziomem morza. Zatrzymaliśmy się na szybką sesję zdjęciową z Katażukami i malowniczymi krajobrazami.





Wszyscy byli zaciekawieni i szczęśliwi, że skończyła się Finlandia tzw. Laslandia. Po 22:00 dotarliśmy na metę Złombola. Znowu nam się udało:) Tym razem zamiast basenu jest jezioro w tle, a temperatura zdecydowanie nie zadowala. Za to jest ciągle jasno, mimo że dochodziła 1 w nocy. Zabraliśmy się za szampana, a stołówkę zamieniliśmy na barek.
Meta była na campingu, 20 km. od punktu widokowego na który udaliśmy się następnego dnia. Zdjęcie całej ekipy wrzucimy jak Giers zgra zdjęcia z 7D:)